Nie gadaj

Ostatnio doszedłem do kolejnego powodu dlaczego Football Manager to gra idealna. Idealna dla mnie, oczywiście. Dlatego że jest saute. Obdarta z grubymi nićmi szytej fabuły, coś mówiących postaci, filmików i takich tam pierdółek mających mnie zagłębić. Albo umożliwić mi zgłębienie.

Przyszło mi to na myśl po kontakcie z dwoma świeżymi dość tytułami – The Following i XCom 2. Pierwsza z nich to moloch, która zwala się na głowę ścieżkami dialogowymi, filmikami a la Far Cry (czyli ciśniętymi z perspektywy bohatera-którym-jestem), postaciami z problemami, ukradkiem podpatrzonymi miniscenkami i całym tym kramem mającym, powtórzę, mnie zgłębić. Jednak, nie o decydowanie czy coś jest fabularnie dobre, złe, średnie, itd. a o przydatność tu chodzi. Przydatność dla mnie, oczywiście.

Nie przydało mi się to w nauce jeżdżenia autem po zombie. Nie przydało mi się to w skonstruowaniu maczety z wkładką z prądu. Nie przydała mi się ta fabuła, te scenki i rozmówki, w bieganiu po polach i wspinaniu się na ambony, w skakaniu i hasaniu jak jelonek. Rety, jaka ta gra jest fajna. Jaką jest świetną piaskownicą ze masą foremek i grabkami z wkładką z prądem. A tu mnie każą jakieś kulta śledzić, jakichś tam ludzi lubić, nie lubić. No nie czuję takiej potrzeby. Żeby chociaż jakiś cukierkowy wątek miłosny, bo to w końcu takie łatwe do strawienia danie.

W podobnym nastroju zastał mnie XCom 2, więc odetchnąłem z ulgą widząc chęć odciążenia mnie biblioteczką z rodzaju nieobowiązkowych, i westchnąłem ciężko widząc, krótkie, bo krótkie, ale obecne przerywniki filmowe. Hej Shen. Tak, wiem kim jesteś. Produkuj broń i apteczki elfie. A ja sam spróbuję się domyślić, że moim celem będzie skierować ten koniec lufy w kierunku tamtego obcego. Aż do skutku.

Obie te gry mechanicznie mnie zachwyciły. Deadlightowy tryb zostań zombie, fabularnie saute, jest przeuroczy. Przywodzi na myśl te potyczki z obcego z predatorem, które nie robiły z klasyki sci-fi tragikomedii. XCom ze swoim wsadzeniem odbiorcy w partyzanckie buty osiągnął poziom szaleństwa, w którym raz po raz zwycięstwem jest minimalizowanie strat.

Ostatni raz kiedy faktycznie miałem ochotę posłuchać bohaterów, a nie tylko dowiedzieć się, co się za chwile wydarzy, to czasy chyba Enslaved, gdzie ktoś sprzedawał dość prostą historyjkę o wzajemnych relacjach, a ja akurat kupowałem. Zabawne, że akurat tam najchętniej przewinąłbym całe granie. Choć może to właśnie umiejętne tempo rozkładania przede mną scen i ładunek emocjonalny wynikający z “growej” części był tak istotny. Nie może, na pewno.

Takich dylematów nie ma Football Manager. Jest sobie świat, jest sobie mechanika, jest sobie tabelka, jestem sobie ja i jest sobie dobra książka, artykuł, którym posiłkuje się gdy pecet przelicza strzelone gole. Spike Lee zepsuł NBA 2K. Niech to będzie lekcja.

Advertisements

Nie widziałem

Odwiedzili nas ostatnio znajomi, których nie widzieliśmy od jakiegoś czasu, a którzy zawsze byli bardziej “jej znajomymi”. Paradoks polegający na tym, że istotnym było spotkanie się we czwórkę, a jednocześnie nie pozwalało to najlepszym koleżankom porozmawiać o bardziej intymnych tematach sprowadził nas na ciężką drogę small talku. Gdzieś po drodze padło pytanie: “Kurde, a widzieliście…, bo to straszna beka?”.

Chodziło o jakąś piosenkę rodzimego artysty. Nie ważne jaką, co chwilka pojawia się podobna, w której rzeczony artysta, będąc kompletnie oderwanym od rzeczywistości, stara się na siłę umłodzieżowić, robiąc z siebie idiotę. Beka. Potem jakiś 50-letni komik to skomentuje, zapominając, że trzepiąc milionowe reklamy jest równie oderwany od rzeczywistości jak ów artysta i jego parodia jest równie żenująca jak sam utwór. No mówię wam: beka.

Łykam portale plotkarskie, memowe, agregaty newsów celebryckich i inne takie jak lekoman tabletki. Nie widzę w tym nic złego, bo uważam, że popkultura, i jej problemy, jest tak samo istotna jak inne rzeczy. Ciekawią mnie wykłady TED, ciekawią mnie bzdury wygadywane przez aktoreczki. Doskonale więc wiedziałem o kogo chodzi, o co chodzi i miałem w głowie pełen obraz tego, co internet zdążył zrobić z tym utworem. Ośmieszyć, wypluć, powtórzyć.

A jednak odpowiedziałem: “Nie”. W danej chwili wydawało mi się, że stopień zażyłości między nami wymagał ode mnie wejścia na poziom “interesuje mnie ino kultura wyższa”. Poleciał ten filmik na youtubku, więc nie dość, że musiałem udawać zaskoczenie, to jeszcze nie popisać się celną puenta znaną z memów, bo przecież nie łykam takich rzeczy.

W sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo chyba większość z nas kreuje jakieś pozy dla określonych grup. Ja, na przykład, nie klnę przy rodzicach, chociaż i oni, i ja są na to wystarczająco duzi. Nie zaprzątałbym sobie nawet tym głowy, gdyby nie fakt, że ostatnio skończyłem “Trudny wybór” autorstwa J.K. Rowling, gdzie jednym z obsady bohaterów jest nastolatek radzący sobie z angstem poprzez postawę autentyczności – w jego mniemaniu odpowiednim nastawieniem do otaczającego nas świata powinno być olanie konwenansów.

Oprócz tego, że była to fajnie napisana postać, całkiem odświeżające pokazanie szukania własnej drogi w dorastaniu, kazało mi dojść do dwóch wniosków. Mogę spać spokojnie, trzaskanie póz jest całkiem naturalne, a to “autentyczność” jest karykaturalna. Mogę spać spokojnie, bo dylematy egzystencjalne z wiekiem powszednieją, zajmując kilkaset słów w miejsce nieprzespanych nocy.